Transformacja cyfrowa to zmiana sposobu, w jaki firma pracuje z informacją.
Systemy są skutkiem tej zmiany, nie jej treścią.
Brzmi jak truizm, dopóki nie zobaczy się, ile firm ma pięć systemów i zerową
dojrzałość cyfrową. Jest ERP, jest CRM, jest program magazynowy, jest kadrowy —
i między nimi chodzi człowiek z arkuszem, przepisując te same dane po raz czwarty.
Pieniądze zostały wydane, narzędzia stoją, a firma nadal nie wie w poniedziałek,
co się sprzedało w piątek.
Dlatego nie mierzymy transformacji liczbą wdrożonych systemów. Mierzymy ją trzema
rzeczami: czy dane wprowadza się raz, czy decyzje zapadają na aktualnych
liczbach zamiast na wyczuciu, i czy proces przeżyje urlop osoby, która go trzyma
w głowie. Te trzy pytania odróżniają firmę scyfryzowaną od firmy, która kupiła
oprogramowanie.
Na marginesie nazewnictwa, bo pytanie wraca na prawie każdej pierwszej rozmowie:
cyfryzacja firmy, digitalizacja firmy i transformacja cyfrowa przedsiębiorstw
w praktyce oznaczają dziś to samo i nie warto toczyć o to sporów. Jeśli już
rozdzielać, to tak: digitalizacja to zamiana papieru na plik, a transformacja —
zmiana tego, kto i kiedy podejmuje decyzję, bo dane wreszcie są dostępne.
Pierwsze bez drugiego daje firmę z ładnym archiwum PDF-ów i tymi samymi problemami.
Druga rzecz, którą warto powiedzieć wprost: transformacja cyfrowa nie jest projektem
z datą zakończenia. Jest zmianą sposobu pracy, która trwa — dlatego nie sprzedajemy
jej jako wdrożenia „pod klucz”, po którym się rozstajemy. Sprzedajemy plan na rok,
rozpisany na kwartały, i towarzyszenie w jego wykonaniu.
I trzecia, najmniej popularna: czasem odpowiedź brzmi „nie teraz”. Jeśli firma
ma problem z marżą albo z ludźmi, żaden system tego nie naprawi — najwyżej doda
drugi problem. Mówimy to na pierwszej rozmowie, zanim ktokolwiek podpisze cokolwiek.